wtorek, 25 października 2011

Zaczynamy od końca. Czyli deser przed obiadem

No dobra. Dzień dobry już było, nawet chyba nieco za poważne, a teraz do adremu można przechodzić. Czyli do jedzenia. Bo dobrze jeść uwielbiamy. Niestety ;)


Wspomnienie z pierwszej podróży do Damaszku. Pierwsza moja wizyta w rodzinnym domu Hassana. A właściwie to jest rodzinny dom Hassana Taty jeszcze. Dom w najstarszej części Damaszku. W tej części, która czyni to miasto najdłużej zamieszkiwanym miastem na świecie. Dochodzi się do Domu (w naszym domu nazywanego po prostu "domem arabskim")  krętymi uliczkami, pomiędzy suqami. Wejście we właściwą ulicę od suqu wełny. (W życiu bym tam znów sama nie trafiła w tym nieregularnym labiryncie uliczek). Ulica szerokości jednego samochodu. Lusterka się jeszcze mieszczą. Człowiek jak się spłaszczy to koło auta też przejdzie. Duże drzwi drewniane. Stare. Tak jakby częściowo wpuszczone w asfalt ulicy... Nie widać okien. Po wejściu do domu długi korytarz, po prawej i lewej jakieś pomieszczenia a potem... dziedziniec. Ale czad. W środku domu niebo widać. Bo dziedziniec na niebo otwarty. Z fontanną pośrodku. Piękna kamienna podłoga. Cytryna rośnie przy ścianie. A z góry zwieszają się pędy winorośli. Schody prowadzą na piętro a tam podniebny taras. I korytarz na czymś w rodzaju antresoli, z której wejście do górnych pokoi. A na tarasie winogrona. Zeszliśmy na dół. Na dole kilka pomieszczeń - duża kuchnia, jadalnia, pokój dla kobiet, pokój dla mężczyzn. Miejsca do siedzenia przygotowane na dziedzińcu. Przywitanie oficjalne. Rodzina się zebrała taką cudaczną w krótkich włosach oglądać ;) A potem była bardzo miła rozmowa z kilku językach i poczęstunek. Podano Qatayef. Polubiłam te ciasteczka od pierwszego kęsa. Miękkie jak poduszeczki, wilgotne pysznym syropem o orientalnej nucie (teraz już wiem, że to woda kwiatowa). Z nadzieniem ze śmietanki o smaku, którego wcześniej nie znałam. Posypane pistacjami. Wielka taca znikła w mig. Z kuzynkami Hassana poszłyśmy do kuchni nadziewać następną porcję mięciutkich krążków. Nie na długo starczyło....
A w ostatnią niedzielę rano naszło mnie wspomnienie tamtego dnia. Podsycane westchnieniami męża już od czasu jakiegoś, tego ranka zaczęło żyć życiem własnym w postaci porannego nastawienia ciasta na qatayef - pyszne placuszki nadziewane.




Przepis prosty niesłychanie:


Deser przygotowuje się w dwóch etapach - pierwszy to smażenie placuszków, drugi to nadziewanie i podawanie polanych syropem, posypanych orzeszkami. Same placuszki można smażyć dzień przed podaniem. Aby placuszki nie wyschły i pozostały elastyczne należy tacę czy deskę z placuszkami przykryć folią spożywczą. Przepis prosty. Efekt uśmiechający twarze i ceszący wszystkich łasuchów :)

Ciasto:
  • 3 szklanki mąki
  • 3 szklanki ciepłego mleka
  • łyżeczka suchych drożdzy
  • spora szczypta soli
  • można dodać łyżkę cukru do ciasta
Składniki wymieszać, powinno powstać płynne ciasto jak na naleśniki, pozostawić w cieple do wyrośnięcia. Wyrośnięte wymieszać i większą łyżką wlewać na suchą rozgrzaną patelnię. Ciasto powinno swobodnie rozlewać się w krążki średnicy 5-7 cm. Smażyć po jednej stronie do czasu zniknięcia surowego ciasta na wierzchu placuszka. Na jego całej powierzchni powstanie wiele dziurek. Zdjąć z patelni, odłożyć na tacę lub deskę, przykryć by placuszki nie wysychały.


Drugi etap to nadzienie - oryginalne ze śmietanki kyszta lub Crème fraîche. Qatayef przygotowuje się również z mieszanki posiekanych orzechów. My zrobiliśmy nadzienie z naturalnego twarożku sernikowego - tak po prostu z wiaderka - łyżeczka czubata do placuszka, który sklejamy z jednej strony. Placuski posypać orzechami włoskimi lub pistacjami. Polać syropem.

Syrop:


Zagotować wodę z cukrem do postaci gęstego syropu. Do przestudzonego (ważne!) syropu dodać wodę kwiatową. Polewać ciasteczka. Podawać na podwieczorek lub słodkie śniadanie. Raj dla łasuchów :)

Smaczne są nawet takie z nadzieniem przechowane w lodówce na drugi dzień. Orzechy, którymi zostały posypane nasiąkną syropem i aromatem i niebo w gębie normalnie. 

Qatayef. Niebiański deser ;) 

Ps. No dobra. Idziemy pakować paczki. A nie mówiłam, że nasz sklep to sklep nocny jest? ;))





5 komentarzy:

  1. Ekscytująca opowieść. Piękny przepis. Chcę jeszcze :-))

    OdpowiedzUsuń
  2. ja trafiłam tu za sprawą Krokodyla

    i ja chcę jeszcze :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Naprawdę pyszny blog! Będę z przyjemnością zaglądać;) I to także dzięki Krokodylowi:DDD
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  4. Ja nie trafiłam za sprawą Krokodyla tylko śledzę was po cichutku od jakiegoś czasu. Uwielbiam Syrię i Damaszek. Może tak przepis na wiśniowy sos z Aleppo? Trzymam kciuki i pochwalę się jak mi wyjdą te wasze pyszności :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Wyglądają pysznie:) Ciesze się, ze zdecydowaliście się na prowadzenie bloga:) Z przyjemnością będę tu zaglądała szukając inspiracji :) Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń